wierszyki 2019-2020


  • pu-members

    1. Poncjusz

    Nigdy nie nauczymy się naprawdę milczeć.
    Słowo – szemrany posłaniec idei, niestrudzony pielgrzym
    ciągnie nas za język, dźga, znaczy, człowieczy się,
    wilcze ślepia pakuje w duszę. Pochowałem dla Ciebie kawałki ciszy

    po zakamarkach mieszkania, pod podłogą,
    na balkonie i w piwnicy, w garażu, na czarną godzinę.
    Wydzierałem przechodniom milczenie z gardeł, zakradałem się do klasztorów.
    Wszystko na nic. Raz rozbudzone krążyć będzie między nami,

    dziś dopiero zauważyłem zacieki na ścianach, ktoś tu był i możliwe,
    że płakał. Obrazy i tapety mokną, pora się zbierać. Uporczywie
    ruszam zmurszałe ściany i czego nie dotknę na gładkiej tkance świata,
    zmienia się w Ciebie.

    Lecz czy tyle z tej pustki ryb i chleba, tyle wina
    że znów na pomoc trzeba będzie wołać ubogich –
    nie wiem.
    Wybija godzina powrotu do grobu.
    I tylko ten moment wieczorem w łazience:

    ręce, woda, płatki róży.

    1. Mokre ślady

    Więc jeśli nie ty, kto zostawił ślady
    w łazience, kuchni, na strychu? Przyznaj się,
    przemykasz tu nocą, palisz moje papierosy,
    układy obmyślasz, konstelacje,
    włosy czeszesz nad zlewem.

    Nie oszaleję przecież dwa razy
    z tego samego powodu, nie stać mnie
    na taką rozrzutność. Nie wiem,
    kto ci dał ten adres, zarazy same
    lęgną się tu,
    tutaj żyją i pochodzą stąd.

    Nocą chodzę po lesie i nawołuję.
    Do tej pory żadnej odpowiedzi.

    1. Nie wiem

    Kilka planet, milimetrów – o tyle się mijamy
    tak, że strach wyjść po tytoń dwie ulice dalej
    pijanych do domów odprowadzać, bo wszystko tu lgnie do siebie
    i czy sposób być prawdziwie samotnym –
    nie wiem.

    Wczoraj w malignie widziałem twoje odbicie w szybie baru
    mucha uwięziona w piwnej pianie niby w bursztynie.
    Byłeś? Paru mówiło, że się tu pojawiasz,
    że zawsze przychodzisz po swoje.

    1. Gesty

    Dobrze, że cię nie ma. Schroniłem się w dźwięku
    śpiewu pociągu, trzepocie skrzydeł, w pierwszym
    lepszym alikwocie, składzie, barwie. Tu bez lęku
    mogę patrzeć - to moja kraina, moje plemię, stado.
    Ci, którzy mieli wyjechać, dawno wyjechali;
    na nic całopalne ofiary, ta bestia karmi się pustką
    zadość czyniąc jedynie wybranym.

    Wygasły ekrany i nagle wszystko stało się jasne:
    byle skowyt psa budzi nas do życia, kręcę się po kuchni,
    piję tanie alkohole i drugie, schowane na czarną godzinę,
    która ma nigdy nie nadejść. Wiem niewiele:
    przedziwne wiatry gnają mnie na wschód
    do krainy nad błotnistym brzegiem
    w przód, do twojego stada.
    I na nic milczenie: tego gada
    ubić można jedynie słowami.

    Partia jest pozornie rozstrzygnięta.
    Tu się urodziłem, ale nie jestem stąd.
    Sądząc po martwych zwierzętach,
    śladach kul w murze, wietrze w sieni
    to nie moje miejsce. Wyziera
    z przestrzeni coś jeszcze;
    im szybciej to nazwiemy, tym gorzej.
    Tu jestem, tu będę czekał
    mówił ile tchu i z każdym słowem kawałek ciebie
    będzie stawał się pokarmem bestii
    aż opowiem wszystko, do cna i zniknę.
    5. Miejsca

    Znam takie miejsca, w których słońce wschodzi rzadziej
    po tym je poznasz, że nie prowadzą tam żadne ślady;
    żaden blask się tam nie pojawi. Czysta pustka.
    Pójdź tamtędy, zostaw znak potomnym.
    Niewiele jest idei trwalszych od papieru
    na którym je spisano,
    szliśmy wzdłuż rzeki Odry, w takim właśnie miejscu,
    jeśli być odpowiednio nieostrożnym, można się zagubić
    i zawieść wszelkie nadzieje.
    Tam, gdzie przychodzą umierać dzikie zwierzęta,
    dziki, sarny, lisy – już nawet cię nie prowadzę,
    zagubiłem gdzieś mapę, a wystarczyło
    czwartego dnia skręcić w lewo.


    Nocą chodzę po lesie i nawołuję.
    Sądząc po znakach, po śladach racic,
    otarciach niepokoju na drzewach,
    to musiała być ucieczka. Pojmuję
    jedynie znaki proste:
    strach pod liściem, blask księżyca,
    tupot jeża za tarasem. Reszta
    zdaje się blada, obłe słowa, oschłe
    krzyki sąsiada. I tylko patrzę,
    nie widzę, nasłuchuję.
    Któregoś dnia stanie się to całością,
    a jeśli nie ma całości? Ujrzę ten brak w świecie,
    czułością będę go łatał, drobnymi gestami,
    tobą.

    1. Nie dzieje się nic

    Nic nie zdarza się dwa razy,
    znakomita większość rzeczy
    nie zdarza się nawet raz.
    Znów ktoś tu był, zostawił obrazy
    strachu nad drzwiami, krzyk dziecka
    w pokoju, dźwięk kredy na oknie.
    Pada, zmokniesz.
    Powiedz, ta ucieczka
    jest tylko pozorna, prawda?
    Jeśli kiedyś się spotkamy, ja też
    stanę się przezroczysty.
    Stwórz regułę do wyjątku:
    jeśli znów stanę się tobą, zabij.

    1. Pierwszy wiersz dla Kajry

    Pojmuję jedynie znaki proste:
    umiera pies i to umiera
    po raz ostatni.
    Oto, czego psy zazdrościć muszą kotom:
    dziewięciu śmierci.
    A ta ostatnia, ostatnia jest najpiękniejsza.

    1. Z tobą

    Gdybym nie udawał człowieka, może poszło by łatwiej;
    nie ruszał wieka trumny, nie wypuszczał z niej demonów
    które karmią się same sobą. Teraz stały się armią
    hegemonów, poddaliśmy się im, zobacz kotku,
    jakie to proste. Wystarczy jeść, pić, kochać, garną
    się same do nas, jesteśmy ich jedynymi poddanymi.
    W domu możemy robić miłość i nie ma innych
    spraw ani zajęć, w samym środku Europy, i nie ma winnych
    tego stanu rzeczy. I wybacz, że często wychodzę,
    odczekam ten moment, kiedy danymi
    zarzucą nasze sprzęty, kiedy na podłodze
    znów rozrzucę papiery, mam tu porachunki,
    pewnie wrócę nad ranem.

    1. Drugi wiersz dla A.

    Którejś nocy przyjdą po nas, zaskoczą
    łomotaniem karabinu w okno,
    nocą widać więcej, jeśli tylko patrzysz.
    Wiesz, chciałem wtedy skłamać,
    że nie potrafię jeść, pić, kochać,
    ale teraz to bez znaczenia. Którejś nocy
    przyjdą po nas, nawet nasze oczy
    niewinne będą mówiły: tak, to my.
    Przyznamy się chcąc nie chcąc do winy
    z karabinem przy głowie to całkiem łatwe.
    I tylko nasz pies będzie wtedy ujadał,
    psa nie ruszą, zostanie sam.

    1. Gliwice, początek nowej dekady

    Są po prostu miejsca na mapie tego miasta
    gdzie nie dojeżdża żadne sześćdziewięćdziewięć
    czy inna siedemsetdwójka.
    I nie wiem, czy tam się chowasz, lecz się pakuję

    w sam środek warkotu i jadę, jeśli być tu odpowiednio
    nieostrożnym, można wiele zobaczyć, ale ciebie
    nigdy. Opracowałeś plan ucieczki, im bliżej światła
    tym większy cień, prawda? Mamy do pogadania,

    jeśli gdzieś jesteś, daj znać, głos daj, wyjdź.

    1. Widmo

    A więc byłeś. Widmo domaga się ciała,
    prawda? To wciąż najlepsze, co może nas spotkać:
    mała pomyłka w dziale stworzenia, zamiana
    ról i ciał, niemożliwy przypadek i wystarczy

    wypluć świat, odkrztusić niby zbędną flegmę.
    Więcej patrzeć niż widzieć, to takie proste
    rano znów ktoś tu był, zostawił ślady
    mokrych stóp na posadzce,

    już nawet nie zamykam drzwi.

    1. Wciąż żadnych wieści

    Coś musiało stać się po drodze.
    Posłaniec z aktem łaski tańczy pijany na stole,
    w którejś melinie, w kole podobnych sobie
    posłańców z aktem łaski.
    Wciąż niczego o tobie nie ma w encyklopediach,
    suplementach i sieci. Nie logowałeś się nigdzie,
    wygasły ekrany i tylko nieliczni wierzą jeszcze
    że byłeś. Zawsze wskazujesz inną stronę
    i daleko poza siebie.
    Szarżuję pamięcią, wyciągam ostrożnie
    twój obraz i spróbujmy to sobie wyobrazić:
    starzec na schodach, muskany promieniami cienia
    (są miejsca, w których słońce wschodzi rzadziej)
    trzyma za rękę dziewczynkę z kwiatami
    a pomiędzy tym wszystkim ja.

    1. Rękoczyn Heimlicha

    Więc wystarczy wypluć świat,
    odkrztusić niby zbędną flegmę.
    Ciekawe czy zgadniesz,
    co znaczyło milczenie
    zostawione w słuchawce ledwie dekadę temu.

    Zostawiłem ci też zepsuty saksofon,
    trochę popiołu i niepokój,
    dużo niepokoju. Jeśli wrócisz po swoje
    będziesz go musiał dołożyć do puli
    ja już będę daleko.

    1. Opisać

    Mży od miesiąca. Zasiadł na dachu bez środków ostrożności
    notuje, tworzy listę zdarzeń ważnych, drży przy tym:
    niczego nie pominąć; historia wymaga formy pisemnej
    pod rygorem nieważności. To naprawdę konieczne,

    tak zawsze sobie tłumaczył w listach bez znaczków,
    a może oszalał do reszty - biurko i papier moknie,
    posłusznie spija atrament, krążą między włóknami
    krople; teraz jest bezpiecznie: w dwuszeregu z biurka

    ciekną te najważniejsze: jak podstępem wdarł się na świat
    i podstępem go opuści. Wspomina przychylną komórkę

    • przychylną jak brat, lecz obcą (swoi go nie chcieli, tak było.
      O tym też listy pisał). Pies porzucił go w zeszłym roku

    ulżyło mu nawet. Któremu ulżyło? Nie wiem, teraz mży
    i tak już będzie; deszcz biurko zalał, to przywilej tęsknoty:
    kłaść grunt pod swoją nieobecność, chronić starym ciałem.
    to naprawdę konieczne - niczego nie pomija, oszalał.

    1. Rozmowa

    Ile rozwagi trzeba w patrzeniu! Nieostrożnym spojrzeniem
    wypalam dziury w przestrzeni, zostawiam tu kawałek świata,
    już nie będzie mi potrzebny: mienie niczyje.
    Siedziałem długo w noc i rozmawiałem, i całą noc

    skamlał w eterze kaleki język, w niedopowiedzeniach,
    spomiędzy przerw w świetle promienie cienia
    padały mi na twarz i wiedziałem,
    wiedziałem, że rozmowa toczy się gdzie indziej,

    jeśli jakimś światłem świecę, to jest to światło odbite.
    Ile rozwagi trzeba w patrzeniu! Wietrzę światłem pokój
    żeby widzieć lepiej - to odruch,
    spokój przyjdzie później; któraś rana się nie zabliźni.

    1. Układ

    Układ jest prosty, jeśli w niego wejdziesz.
    To niewiele: oddasz duszę i ciało, na początek wystarczy.
    Później zobaczymy; gdyby było mało, to jeszcze kilka
    z tych drobiazgów o których myślałeś, że nikt nie wie,

    ale wszyscy już wiedzą. Czego dotknąłeś, ubędzie ze świata.
    Zanim rozszyfrujesz znaki, złożysz je w całość
    runie konstrukcja słów i znaczeń
    być może nawet dłużej niż przez jedno życie

    będziesz musiał uciekać daleko, coraz dalej.

    1. Łajka

    Jak myślisz, kiedy się połapią? Nie jesteśmy stąd,
    to jasne. Nienagannymi manierami i czystym ubiorem
    długo nie dadzą się mamić, to szaleństwo jest metodą,
    pamiętasz? Nowotworem im jesteśmy, rozrastamy się

    w brzuchu, tę grę można nieźle przegrać, jeśli jest się tobą.
    Wystarczy poczekać, przecież wszystkie flagi są białe,
    to jedynie kwestia czasu i słońca. Tak, słońca.
    I czego nie odjąć od umęczonego końca

    tej płowiejącej epoki, zostaje powidok, mara,
    resztki karmy na orbicie.

    1. Coś musiało stać się po drodze

    Zostaniemy tu, na ile starczy nam ciepła i powietrza,
    puch na dachu zwiastuje nieszczęście:
    blaski w ich oczach, pastylki pod językiem,
    powiedz, czy czekasz jeszcze?

    Kiedy przestałem już szukać swojego boga
    napatoczyłeś się ty. Z tej cudownej
    do połowy pełnej szklanki
    zionie czarna pustka.

    1. W dniu

    Więc postanowione: wszystko, czym będziemy
    zostanie zapomniane. We włosach skrzypaczki
    mysie gówienka, moknie akordeon, melodie
    wciąż te same; wieczna mżawka. Odbija mu
    się nią z wnętrzności. Kiedy zaczął się ten desant?
    Wódka szaleje w trzewiach, trzy ćwierci, po kropli
    a teraz pustka: to mistrzowie znikają z grobów.
    Tak wymknąć się śmierci? Więc postanowione.
    Gdyby mówił językami ludzi i aniołów, byłby nikim
    pal diabli miłość. Języki też pal diabli.
    Mistrzowie znikają z grobów.

    1. Panie Camus

    Jeśli, jak pan powiada: oddychać znaczy sądzić,
    nie ma już odwrotu. To nieodwołalne.
    Poskładać się z materii, z drobin kosmosu
    niech będzie, że na chwilę. Trzeba teraz nadać
    imię, numer, kwaterunek i kolejno oblicz
    przynajmniej trzy: jedno mają zwierzęta.
    W wynajęte ciało oblec duszę, nazywać:
    to kwiat, deszcz, słońce, kundel, sadza, miłość.
    Od święta do każdej chwili, którą poprzedza
    myśl, że coś jest jeszcze, co nie ma imienia.

    Tyle razy pan mówił: oddychać znaczy sądzić

    • nic nie ma znaczenia, lecz nazwę.
      przez chwilę.

    22.***

    Czereśnie pięknie obrodziły w tym roku
    ten sam ślepy owczarek pilnuje sadu.
    Nie przejdziesz; wywęszy cię już przy bramie.
    Przecież nie przyszliśmy tu po owoce,
    nie przyspieszaj kroku. Daj im spokojnie
    zwiędnąć, przyjąć barwę rozkładu, zresztą
    on nie wie, że trzyma go łańcuch. Wojny
    zawsze się kończą, i ta nasza też się skończy,
    masz przecież nielimitowany dostęp do świata,
    umowę na czas nieokreślony, za jedyną
    słuszną cenę, życie. Możesz spłacać w dogodnych
    ratach i niech ci to wystarczy. A jeśli kiedyś uznasz
    że to za mało, zgoda. Możemy spróbować inaczej:
    warczy, już cię wywęszył spod bramy. Ale jeśli
    przestaniemy podrzucać mu żarcie do miski
    to nie będzie zwycięstwo.

    To za mało, zgoda.

    1. Przybłęda

    A kiedy wstaje świt, który każe wierzyć
    że odtąd wszystko już zawsze będzie świtem
    i że nie sposób już błądzić, zalane światłem ulice
    prowadzą w jedynym dobrym kierunku - naprzód
    pies pije wodę z czystej kałuży.
    A w naszych pokojach historia kurzu
    zaczyna się od początku, głupio świt wielbiąc
    cichym skomleniem ścieranych roztoczy.
    Wtedy odziany w łachman przybłęda, którego Ziemia
    nie wiedzieć czemu jeszcze nie zrzuciła z grzbietu
    palec wyciąga ku niebu, jak już kiedyś wyciągał
    i milcząc w oczy nam patrzy, aż po wieczór
    mglisty, i wszystkie ulice skąpane mrokiem
    znów mają słuszny kierunek - z powrotem
    wtedy odziany w łachman przybłęda
    palec wyciąga ku niebu

    1. Niepotrzebne światło

    i po to wszystkie obowiązki względem przestrzeni
    i po fajrancie niepewność puszczać na najwyższe obroty
    żeby tak skończyć? świt mnie dopadł nad ranem,
    letnie noce są obrzydliwie krótkie i nie zdołałem
    z powrotem nabrać pewności. mogę patrzeć przez okno:
    miasto jak miasto. ruiny jeszcze trzymają się nieźle,
    wiesz, o co mi chodzi. trzymam wciąż pod łóżkiem
    te pyłki, drobiny, gdzie białe, a gdzie czerwone pudełko
    i przekładam ciągle świetlną smużkę. kłamał lektor
    reklamując swoje usługi: nie nauczymy się tego języka.
    nie w sześć tygodni, znów jesteśmy w plecy jedną
    próbę porozumienia, już pal diabli tę krew i czystą białą ranę.

    co ja teraz zrobię w nieoswojonym ubraniu, zgiełku,
    obcierających butach? tymi brzęczącymi w kieszeni
    niepasującymi kluczami? świt mnie dopadł nad ranem.
    w którymś pudełku trzymam ciągle niepotrzebne światło.


Log in to reply